Swoją ostatnią wizytę w placówce opieki zdrowotnej do dnia dzisiejszego datowałem na rok 2005, z czego wnioskować można, że chorować zdarzało mi się rzadko. Po dość… niecodziennym weekendzie przyszło mi jednak uczynić to dzisiaj, w poniedziałkowy poranek. Oto historia pacjenta, który bez najmniejszego szwanku wyzdrowiałby w przeciągu tygodnia, a mimo to zdecydował się na skorzystanie z usług refundowanych przez kasę chorych. Oto historia, która przedstawia w sposób bezczelny i oczywisty fakt, że aby chorować, trzeba mieć mocne zdrowie.
Przyszedłem do Zakładu Opieki Zdrowotnej o godzinie 10.30. Było nieprawdopodobnie duszno, a tłum ludzi, który kotłował się w środku przyprawił mnie o zawroty głowy. Poszedłem się zarejestrować. Była to ostatnia czynność, jaka tego dnia poszła sprawnie i bez szwanku. Kiedy jednak już to uczyniłem, moją uwagę przykuła niewielka notka, przyklejona do drzwi gabinetu drugiego z lekarzy, przyjmującego w tych godzinach. Świadczyła ona o nieobecności wspomnianego lekarza. Bajka. Kolejka wydłużyła się w mojej świadomości dwukrotnie i zdałem sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie czekają na odwiedziny u tego samego medyka. Spytawszy, kto jest przedostatni w kolejce (ludzie zawsze pytają, kto jest ostatni, nie widzę w tym sensu i trochę mnie to śmieszy – ja już się zarejestrowałem, ostatni w kolejce jestem ja, obchodzi mnie zatem kto jest przede mną, prawda?), nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi. Nikt nie miał zielonego pojęcia co dzieje się dokoła. Zignorowałem to, i postanowiłem wejść za ostatnim z ludzi, którzy siedzą tutaj teraz.
Minęła godzina. Pani doktor wyszła z gabinetu i usiadłszy z koleżankami w recepcji popijała kawę z uśmiechem na twarzy. W ten sposób minęło piętnaście minut i pani z trzyletnim mniej więcej dzieckiem, siedząca obok mnie zaczęła się niespokojnie kołysać. Pan stojący pod oknem wypowiedział pod nosem serię bardzo imponujących mi swą prostotą i przesłaniem słów, pomiędzy które zostało sprytnie wplecione nazwisko przyjmującego lekarza. Doktor wyszła po kolejnych piętnastu minutach. Poczułem mrowienie w pośladkach, wszak siedziałem już póltorej godziny. Postanowiłem pochodzić wzdłuż korytarza.
Wizyty ciągnęły się w nieskończoność, a po dwóch godzinach mojego pobytu na ośrodku, pani doktor musiała wyjść ponownie, aby przez kolejne trzydzieści minut popijać kawę i zagryzać ciasteczkami. W pomieszczeniu było już nie do wytrzymania. Pogardliwe szmery, temperatura odpowiadająca jedynie rdzennym organizmom sawanny i ten tłok, tłok który sprawia, że człowiek czuje się osaczony. Nie muszę chyba wspominać o pracy umysłu ludzkiego podczas jakiegokolwiek przeziębienia. Każda najmniejsza sprawa staje się rosnąć do rangi katastrofy, a obecna sytuacja zawsze przedstawia się beznadziejnie. W końcu pozostały trzy panie, które były w kolejce przede mną. Stało się jednak coś nieoczekiwanego.
Do ośrodka weszła pani z dzieckiem i mamrocząc coś pod nosem wcisnęła się za drzwi gabinetu, gdy z tego wyszedł pacjent. Ktoś krzyknął coś o kolejce, ktoś inny stanął w obronie matki, tłumacząc ją czymś, co brzmiało jak argumentacja aborygena okładającego w dodatku rozmówcę sękatym kijem. Zrezygnowany postanowiłem porozmawiać z siedzącą obok mnie panią, która najprawdopodobniej (jak się w między czasie dowiedziałem) miała wejść do lekarza przede mną. Dowiedziałem się, że tak powinno być w istocie, lecz kiedy ona weszła, o miejsce w kolejce upomniało się znów kilka innych osób, które przyszły do ośrodka dobrą godzinę po mnie. Nie chciałem wszczynać kłótni, nie miałem na to siły. Sytuacja stała się tak nieprawdopodobnie chora i kuriozalna, że zachciało mi się głupkowatego chichotu w stronę rozwścieczonych oczekujących. Kiedy do gabinetu wchodziły już osoby, które na pewno były w kolejce po mnie, a czekały wciąż na swoją szansę te, które były zanim tu przyszedłem, po prostu bezczelnie wszedłem do wspomnianego zaraz po kimś, kogo kompletnie nie kojarzyłem z momentu w którym pytałem o chronologię odwiedzin. W chwili, w której wchodziłem, mijały trzy godziny od mojego przybycia do ZOZ. Usłyszałem, że to i tak szybko…
Ostatecznie, nie dowiedziałem się co mi jest. Dostałem receptę na lekarstwa za złotych sześćdziesiąt oraz polecenie pozostania w domu do końca tygodnia. Pytam się… po co nam publiczna służba zdrowia? Po co płacić horrendalne sumy za coś, czego tak na prawdę nie mamy? Chcąc się leczyć na coś poważniejszego, i tak musiałbym umówić się z prywatnym specjalistą…
Wszystkim życzę zdrowia, aby nigdy nie musieli korzystać z usług spółek, które nie robią nic, prócz pochłaniania pieniędzy… Sydowski
Klara Said:
on wtorek, 27 Styczeń, 2009 at 19:47
Prawdą jest że “trzeba być zdrowym aby chorować” bo kto wytrzyma w poczekalni? gdzie starsze babcie hipochondryczki spotykają się na pogaduchy i licytują się która to ma więcej schorzeń lub więcej leków bierze, albo gdzie chamstwo ludzkie nie zna granic.
Choć z drugiej strony jak uczą studentów medycyny: “nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle przebadani”. Tak na prawdę kto w NFZ zbada Cię jak należy i wykryje wszystkie Twoje dolegliwości zanim ukażą się jednoznaczne objawy, jak na niektóre badania trzeba czekać przez co najmniej rok? dlaczego bo są za drogie, bo dużo ludzi ich potrzebuje, bo potrzeba specjalistycznego sprzętu…
Zdrowia Syd ^_^